facebook
 

Co gdzie kiedy

Nasze wspólne treningi

środa, g. 19.30-20.30 - Szkoła Podstawowa, ul. 3 Maja 23, Niepołomice, zajęcia ogólnorozwojowe na sali gimnastycznej. POTRZEBNA WŁASNA MATA!


czwartek, g. 18.15-19.15 - bieżnia, ul. Szkolna, Niepołomice, trening biegowy grupy początkującej.

 

piątek, g. 18.30-19.30 - Arena Lekkoatletyczna w Kłajutrening na bieżni.

 

sobota, g. 8.00-10.00 - NLF - Next Level Fitness w Staniątkach - siłownia (czasowo zawieszona)

niedziela, g. 9.00 - Puszcza Niepołomicka, zbiórka i wspólna rozgrzewka na parkingu z akcesoriami gimnastycznymi przy drodze w kierunku Szarowa.




Składka na cele statutowe Stowarzyszenia: 25 zł miesięcznie lub 120 zł za pół roku.

Zajęcia czwartowe dla początkujących - bezpłatne.

Konto (BNP PARIBAS)
45 1600 1462 1894 6214 7000 0001 (dopisek: składka na cele statutowe, imię i nazwisko, za jaki okres)

 
 

Życiowa lekcja na Ultra Dolomites 80 km

Data publikacji: 2021-07-03 11:00  |  Data aktualizacji: 2021-07-03 11:25:00
Życiowa lekcja na  Ultra Dolomites 80 km

„Ale miałeś dobry czas!” albo „Pocisnąłeś”, czy moje ulubione - „Jesteś dzik” . Każdy chce usłyszeć te magiczne słowa po starcie w zawodach. I muszę przyznać, że przez większość mojej sportowej przygody sam patrzę w ten sposób na bieganie -czyli przez pryzmat wyników. Ale człowiek uczy się nowych perspektyw przez całe życie. Dlatego mam nadzieję na więcej takich życiowych lekcji jak ta, której udzieliło mi Lavaredo Ultra Trail. Krótka relacja z mojego pierwszego startu na prawdziwym dystansie ultra, czyli Ultra Dolomites 80 km (+4100 m).


„No to żeś sobie wybrał trasę na pierwsze ultra! Potem nie będziesz chciał już w tych naszych polskich krzakach biegać”. Brzmi zabawnie, ale trochę kojarzy mi się to z wyjazdem na narty w Dolomity, po którym powiedziałem coś podobnego. Bo tam po prostu jest ZABÓJCZO PIĘKNIE (no i wiadomo, jest dobra pizza). Start był zaplanowany już na 2020 rok, ale lekko się opóźnił przez jakąś pandemię. Tak naprawdę to nie spodziewałem się, że uda się zrealizować ten start nawet w 2021, ale pomyślne wiatry losu zawiały i w kwietniu organizatorzy potwierdzili ostatecznie, że festiwal się odbędzie. Trochę kręciłem nosem, że szkoda, że wciąż w reżimie sanitarnym, że wolałbym tak pełną garścią zaczerpnąć z tego wyjazdu, a nie stać w kolejce do toalety przed startem w maseczce… No ale cóż, nie było już odwrotu  Więc szybkie rozeznanie, gdzie spać, co zabrać, co dokupić. Cortina do najtańszych nie należy, więc padło na camping, bo tam nie trzeba nawet rezerwacji robić. Nie obyło się bez namawiania i wyjaśniania, że przeżyjemy jak przyjdzie burza i komary nam dupy nie zjedzą, za co ostatecznie bardzo dziękuję Darkowi.


„Hej, na spotkanie przygody!” No i wykrakaliśmy…, bo przygoda spotkała nas już po paru godzinach od wyjazdu. Samochód Darka odmówił posłuszeństwa i po kilku próbach naprawy (czyli gmerania pod maską bez większego pomysłu) po prostu musieliśmy skapitulować. Darek musiał wrócić do Polski, bo nie było sensu podejmować ryzyka na tak długiej trasie, a jego pasażerowie częściowo przesiedli się do nas, a częściowo musieli dojechać do Cortiny przez Presov, Wiedeń i Wenecję – szacun za determinację, bo zajęło im to jeden dodatkowy dzień podróży!


Na miejscu jak to na campingu –gotowanie owsianek na łonie natury o 6:00 rano (bo ileż można spać jak człowiek się kładzie o 22:00, bo ciemno!), muzyka reagge pod prysznicem i w toalecie przez kilka dni z rzędu, długie wieczorne rozmowy o planach na trasę, wyposażeniu plecaka, kto w jakich butach biegnie, kto jaką pizze zje, jak dobiegnie na metę… A dzień startu zbliża się wielkimi krokami i człowiek już kalkuluje: „Nie zjem pizzy w piątek, bo kiedyś po pizzy rzygałem następnego dnia. Wprawdzie to było 1000 km stąd, ale nigdy nie wiadomo. Nie ufam tej pizzy. Zjem owsiankę.” Albo: „taka ładna pogoda na trekking w Dolomitach, mamy cały wolny dzień. Ale nie, bo nogi przemęczę przed startem”. Czyli niby amatorzy, ale podejście jak reprezentacja narodowa – pełen profesjonalizm okupiony jednak pewnymi wyrzeczeniami.


No i nadchodzi upragniony D-day! Pobudka o 5:00 rano (żaden problem, po tylu dniach spania od 22:00), owsianka (a jakże), ostatnie sprawdzenie (chyba już czwarte) sprzętu, ubrania, plecaka, numerku, żeli, kremu UV, kremu na obtarcia, skarpetek, blablabla… Spakowanie siatki na start, spakowanie siatki na przepak (nieoficjalny wprawdzie – czyli po prostu support przyjaciół na punkcie). Podwózka na autobus, który wywoził do Sesto na linię startu i pierwsza niespodzianka – Michał zabrał ze sobą wszystkie rzeczy. Również te na przepak  Na starcie jesteśmy prawie 1h przed oficjalnym wystrzałem pistoletu, i kolejna niespodzianka – kolejka do męskiego jest „enorme”, jak to mówią lokalsi, a do damskiego praktycznie zerowa. Sprawiedliwość dziejowa. No ale na ostatnią chwilę udaje się odhaczyć ostatni punkt przygotowań (albo pierwszy punkt wyścigu) i stanąć na starcie w pełnej zbroi.


Start. I ruszyli!… tempem rozbiegania. No bo gdzie tu się spieszyć, jak przed nami bite 80 km po wysokich górach. Więc po raz pierwszy w życiu, w czasie biegu na zawodach, wyciągam telefon i pozwalam sobie zrobić kilka zdjęć. Biegnę razem z Kingą Kwiatkowską z Salco Garmin Team i czuję się dumny, że mogę utrzymać tempo. Pierwszy podbieg – 1000 m w górę, aż do 2400 m n.p.m. Jak na początek może być, bo wszyscy świeżutcy i wypoczęci. Na pierwszym zbiegu tempo mocne i przepychanki, bo wąsko, a każdy leci mocno niesiony adrenaliną. Zaczynamy się mieszać z dystansem 120 km, więc tym bardziej robi się gęsto. Kinga znika mi z oczu i dalej już do punktu na ok. 25 km lecę sam, powoli wyprzedzając kilku zawodników z mojego i wielu z nie mojego dystansu. Cały czas patrzę na tętno, pilnując, żeby nie przekraczać założonej liczby 150. Ale alert w zegarku ustawiam na 155, tak żeby jednak pozwolić sobie czasem na mocniejszy akcent. Kończy się oczywiście na tym, że po 30 km mam średnie tętno ok. 153. Ups. Na zbiegu po 30 km doganiam Kingę i ją wyprzedzam. Włącza mi się instynkt ścigania i już kalkuluję, czy jak przesunę granicę na tętno 160, to dojadę do końca, czy mnie zniosą z trasy. Młodzieńcza fantazja  No i wszystko wygląda pięknie do ok. 40 km…, po czym po raz pierwszy na zawodach doznaję dziwnego ścisku w okolicach żołądka. Pierwszy raz w życiu, więc trochę nie wiem, jak działać – co pić, co zjeść, żeby nie pogorszyć sytuacji. Więc próbuję na punkcie wlać colę do flaska. Krzyczę z daleka pytania, czy mają odgazowaną. Niestety nie. Szybka decyzja, trudno, bierzemy co jest. No i kończy się ufajdanym flaskiem, lepiącymi się rękami i „strzelaniem” z flaska strumieniami buzującej, wstrząśniętej coca-coli. Zanotowano w głowie na przyszłość, żeby nigdy nie lać do flaska gazowanej coli… Dalej niesie mnie myśl o kolejnym „checkpoincie” czyli Passo Falzarego na ok. 55 km, na którym czekają przyjaciele. To jest ogromnie ważna rzecz, żeby móc spotkać swoich ludzi na trasie. Bardzo pomaga na morale. Bardzo im za to dziękuję. Po punkcie, na którym wcinam tylko pomarańcze i dolewam izo, czeka kolejne długie podejście, które mocno już daje się we znaki. Wkraczam na swoją biegową „terra incognita”, bo najdłuższy dystans, jaki dotąd leciałem to GUT 48 km. I tak jak myślałem, nie jest to ziemia przyjazna dla amatorskich konkwistadorów. Jest ciężko, każde podejście to walka, żołądek dalej nie chce współpracować, ale na szczęście pozwala biec. Na zbiegach trzeba trochę bardziej wytężać wzrok, żeby na zmęczeniu źle nie postawić nogi. Zaczynam kalkulować w głowie kilometry, ile jeszcze podbiegów, ile jeszcze do mety, co zjem na ostatnim punkcie, ile mam wody. Stawka już mocno rozciągnięta, więc po raz pierwszy na trasie nie widzę nikogo za ani przed sobą. Za to widzę Dolomity z perspektywy 2000 m n.p.m. i na chwilę znowu zapominam o zmęczeniu i uśmiecham się sam do siebie. Nawet przez chwilę coś podśpiewuję lecąc w dół. Kolejny checkpoint to 67 km, ostatni punkt odżywczy, po którym zostaje głośno ogłaszane „ostatnie 10 km w dół do miasta”. Brzmi super, ale kiedy się zaczyna, jest już mniej super – strome odcinki, drobne kamyczki osuwające się spod nogi. I znowu liczenie – „o matko, dopiero zbiegłem 1 km?!”. Zaciskam zęby i powtarzam, że to tylko niedzielne wybieganie, zaledwie kilka kilometrów. Asfalt pojawia się dopiero jakieś 2 km przed metą, a razem z nim pierwsze zabudowania i… dzieci na ulicy z tackami, na których są kawałki arbuza. O słodka ambrozjo!!! I nawet winem i serem ktoś częstuje pod własnym domem! (ale na to już się nie skusiłem). Ktoś wystawił prysznic na ulicę i puścił zimną wodę. W takich momentach, nie czuje się ani grama zmęczenia. Ostatni krótki podbieg i ląduję na Corso Italia, czyli głównym deptaku, na którego końcu majaczy brama mety. Godzina wieczorna, więc pełne ogródki i knajpy, sporo turystów i lokalsów. Żadnych barierek, więc biegiem (już prawie sprintem) wymijasz ludzi, którzy wiwatują, walą rękami w stoły, coś krzyczą po włosku, a Ty czujesz się, jakbyś biegł po złoty medal na olimpiadzie. Najlepsze uczucie sportowe na świecie. Czułem się przez chwilę jak mistrz świata, niesamowite. W końcu dopadam mety. Koniec. Wyrzucam czapkę w górę i ląduje gdzieś za barierkami. Trudno, i tak jej za bardzo nie lubiłem. Nie ma złotego medalu olimpijskiego, ale są uśmiechy, gratulacje, trochę wilgoci w oczach (od pyłu) i shake białkowo-węglowodanowy (za co ogromne dzięki dla Oli). Jakiś chłopak podaje mi czapkę i gratuluje. A już myślałem, że się jej pozbędę.


A po tak udanym starcie, upragniony prysznic i najlepsza nagroda – czyli powrót na metę i oglądanie jak przyjaciel wbiega na nią po 120 km.


Pojechałem na Lavaredo, bo dałem się namówić na ładną trasę, i trochę dlatego, że lubię wracać do Włoch. „Będzie Pan zadowolony” Darka się sprawdziło i obawiam się, że nie ostatni raz...

 
 

Strona została sfinansowana ze środków FIO