facebook
 

Co gdzie kiedy

Nasze wspólne treningi

wtorek, g. 18.00-19.15, joga dla biegaczy, sala w Przylasku Rusieckim, obowiązują zapisy! TYMCZASOWO ONLINE!


środa, g. 19.30-20.30 - sala gimnastyczna Szkoła Podstawowa im. Króla Kazimierza Wielkiego, ul. 3 Maja 23, Niepołomice, własna mata! TYMCZASOWO ONLINE w godz. 19.00-20.00!

 

piątek, g. 18.00 - trening na bieżni, Arena Lekkoatletyczna przy ul. Szkolnej (w okresie zimowym grupa początkująca i zaawansowana trenuje razem); MAŁE GRUPY LUB SAMODZIELNY TRENING.

 

sobota, g. 8.00-10.00 - NLF - Next Level Fitness w Staniątkach - siłownia WEJŚCIE TYLKO DLA NASZEJ GRUPY!

niedziela, g. 9.00 - Puszcza Niepołomicka, zbiórka i wspólna rozgrzewka na parkingu z akcesoriami gimnastycznymi przy drodze w kierunku Szarowa. MAŁE GRUPY LUB SAMODZIELNY TRENING.

 
 

Ultraroztocze 2020 – na pograniczu tego, co w nogach i tego, co w głowie

Data publikacji: 2020-10-21 19:00  |  Data aktualizacji: 2020-10-21 19:24:00
Ultraroztocze 2020 – na pograniczu tego, co w nogach i tego, co w głowie

Początek roku przyniósł konkretne zamierzenia biegowe, które szybko, jeden po drugim, poukładały się w kalendarzu i stworzyły uporządkowany plan treningowy pod ten jeden konkretny cel – pierwsze 100 km dokładnie w dzień moich urodzin i to jeszcze w ukraińskich Bieszczadach.

 

Pięknie to wszystko wyglądało. Bojko, a po drodze Ultraroztocze na dystansie 60 km, zupełnie treningowo… Planowanie czegokolwiek w roku 2020 okazało się jednak zupełnie bez sensu.

Z powodu pandemii plany posypały się nie tylko mnie, ale wszystkim biegaczom. Nagle klepanie kolejnych kilometrów według planu treningowego pod konkretny cel przestawało być w ogóle zasadne, bo cele przestawały istnieć jeden po drugim. Motywacja w tych niepewnych i trudnych czasach też stawała się coraz mniej namacalna. Bieganie, w pewnym sensie, na jakiś czas wróciło tylko i wyłącznie do sfery komfortu i przyjemności. I tak to sobie trwało i trwało przez kolejne miesiące. Ale nic w życiu nie dzieje się bez przyczyny. Myślę, że ten czas dał przestrzeń innym, ważnym aspektom i sprawom, a gdy te zostały uporządkowane, zaświeciło się światełko z napisem Ultraroztocze. Ten majowy bieg przeniosłam na jesień i to on jedyny został mi jako coś, co mogłam pobiec w tym roku. Rozpoczął się wrzesień, dopiero zaczynałam klepać jakieś sensowniejsze kilometraże, ale już w głowie kotłowała mi się myśl, że skoro to właśnie ma być mój główny bieg, to niech to będzie jednak jakieś wyzwanie. Cały czas nie dowierzałam swoim nogom i mięśniom, a głowie stawiałam wielki znak zapytania, ale to właśnie te wątpliwości zmotywowały mnie tym bardziej do zmierzenia się z czymś, z czym jeszcze do tej pory się nie mierzyłam. Dosłownie pod wpływem impulsu, bez solidnie (wg mnie) przepracowanego sezonu, 1.5 miesiąca przed startem przepisałam się na dystans 90 km. Uczepiłam się myśli, że jak teraz nie, to ciągle będzie „nie” i wzięłam się za robotę na tyle, na ile mi zostało czasu. Szybko przestawiłam się na długie bieganie i ku mojemu zadowoleniu po raz kolejny okazało się, że bardzo dużo siedzi w głowie. Dobrym przykładem są długie, np. 30 km wybiegania, do których najczęściej nastawiam się już wcześniej. Lubię podzielić sobie cały dystans na drogę tam i z powrotem. Trening trwa wtedy tak jakby połowę. Zwykle biegnę tylko 15 km, a potem to już tylko wracam tą sama drogą do domu czy samochodu.  Miałam z tych treningów naprawdę radość, a jednocześnie dawałam ciału sygnały, że czeka je coś o wiele większego.

3 października 2020, godz. 6:00. Stoimy jeszcze w zupełnych ciemnościach. Nie jest nas za wiele. Tu dystans 90 km jest chyba takim niedosytem dla biegaczy, bo już blisko koronnego dystansu 120 km, ale jednak jeszcze nie to. Nie ma też jakiejś znaczącej linii startu, ani zagrzewania do walki na trasie, w zasadzie towarzyszy nam cisza. Dla mnie to akurat dobrze, nie lubię zgiełku i hałasu.

 


Pierwsze kilometry zlatują jeden za drugim, trochę się pilnuję, żeby nie narzucać sobie za dużego tempa, mimo że czuję, że sił mam dużo. Już dobrze wiem, że w biegach długodystansowych cała zabawa zaczyna się dopiero po przekroczeniu kilometrażu treningowego. Pierwsze 40 km przebiegam swobodnie i czekam na to, co dopiero się zacznie. Głowa chłonie pierwsze blaski słońca, widoki z pięknych lasów i pól, kilometr ucieka za kilometrem. Jest pięknie, chłonę to całą sobą, jestem w swoim żywiole. Wiem, że za chwilę zaczną mi towarzyszyć mniej przyjemne odczucia. Całą trasę podzieliłam sobie na odcinki od punktu żywieniowego do punktu żywieniowego. Pierwszy z nich osiągam jeszcze na pełnych siłach, więc uzupełniam wodę, zjadam owoc, łapię kilka kawałków pysznego pieroga z kaszą i nie tracąc czasu ruszam dalej marszem, dopóki wszystkiego nie przełknę. Widzę, że zmobilizowałam też kilku chłopaków, którzy na punkcie byli tuż przede mną :) Przy okazji dowiaduję się, że jestem pierwsza kobietą. Nie spodziewałam się, w ciemnościach startu zupełnie nie zarejestrowałam. kto i jak się plasuje. Nie podpytywałam też o to – chciałam po prostu do samego końca robić swoje i tyle.

No dobrze, zabawa się zaczyna. Osiągam 45 km, nogi już straciły świeżość, żele to przykry obowiązek, nad koncentracją trzeba panować, bo zdarzyło mi się już zamyślić kilka razy i przegapić nagły skręt w mało oczywistą ścieżkę. Trasa oznakowana jest cały czas bardzo dobrze, ale wystarczyło, że myśli popłynęły gdzieś, a nogi poniosły najbardziej oczywistą ścieżką, niekoniecznie zgodną z trasą biegu.

Kolejne kilometry umykają już o wiele wolniej. Pamiętam, jak cieszyłam się, że praktycznie cały czas jestem na trasie sama. Tak właśnie było. Momenty, kiedy spotykałam się z kimś były naprawdę rzadkie. Pasowało mi to, mierzyłam się w tym czasie tak naprawdę ze sobą. Co działo się na reszcie trasy – nie miałam pojęcia. Były momenty, kiedy było mi już naprawdę ciężko i nie miałam siły biec. Pozwalałam sobie wtedy na kilkaset metrów marszu, by potem ponownie zmobilizować się do biegu. Marsz dawał ciału chwilę wytchnienia, pokutowało to jednak tym, że aby pobudzić się znowu do biegu, potrzebne były dodatkowe moce. Bywały momenty, że marsz był nagrodą za jakiś konkretny przebiegnięty dystans.

 



Drugi punkt żywieniowy – ponad 2/3 dystansu za mną, myślę, że to zupełnie tak, jakbym już od jakiegoś czasu wracała z długiego treningu do domu. Zbawienna zupa, której moc podczas biegów ultra jest dla mnie nie do przeceniania, zrobiła swoje. Jakoś siła wstąpiła we mnie na nowo.

Zrobiło się dużo mniej bezludnie. Dobiegałam kolejne osoby z dystansu 60 km, który startował 2h później i 30 km dalej na całej roztoczańskiej pętli. Dało mi to na moment pewną satysfakcję, na której jeszcze chwilę pociągnęłam.

-Już myślałem, że Cię nie dogonię – nagle za plecami usłyszałam znajomy głos.
Darek! A niech to :) Na rowerze dojechał mnie kompan całego tego ambarasu, który w ramach wspólnego wyjazdu, Roztocze postanowił zjechać na rowerze. Ucieszyłam się, ale miałam też świadomość, że to właśnie ten moment, kiedy jestem najbardziej przeorana i nie bardzo będę miała ochotę nawet gadać. Darek, rowerowy i biegowy ultras, rozumiał to doskonale. Po prostu był, nienachalnie i nie za bardzo.

Dziewięćdziesiąt! Jeszcze kawałeczek...Ponoć sama świadomość tego, że to już prawie koniec osłabia mobilizację, pobudza zniecierpliwienie i sprawia, że wszelki ból i niemoc odczuwamy zdecydowanie bardziej. Dziewięćdziesiąt jeden, dwa, trzy, kurewskie cztery, pięć… Meta! Wbiegłam na nią na adrenalinie, ze łzami w oczach, ze wzruszeniem na widok dzieci, męża i bliskich…Osiągnęłam czas o wiele lepszy niż się spodziewałam. 10h 30min, tempo 6:38, 7 OPEN, 1 wśród kobiet. Myślę, że emocje, które wtedy mi towarzyszyły, nie miały prawa pomieścić się w moim ciele. Udało mi się pokonać własne granice, przezwyciężyć słabości i ból, pokazać sobie samej, że moje granice są w mojej własnej głowie. Reszta to determinacja, praca i wiara w siebie.


Agnieszka Lisowska-Woś
Niepołomice Biegają

 
 

Strona została sfinansowana ze środków FIO