facebook
 

Co gdzie kiedy

Nasze wspólne treningi

środa, g. 19.30-20.30 - Szkoła Podstawowa, ul. 3 Maja 23, Niepołomice, zajęcia ogólnorozwojowe na sali gimnastycznej. POTRZEBNA WŁASNA MATA!


piątek, g. 18.30-19.30 - Arena Lekkoatletyczna w Kłajutrening na bieżni, grupa początkująca i zaawansowana.

 

sobota, g. 8.00-10.00 - NLF - Next Level Fitness w Staniątkach - siłownia

niedziela, g. 9.00 - Puszcza Niepołomicka, zbiórka i wspólna rozgrzewka na parkingu z akcesoriami gimnastycznymi przy drodze w kierunku Szarowa.


Składka na cele statutowe Stowarzyszenia: 25 zł miesięcznie lub 120 zł za pół roku.

Zajęcia czwartowe dla początkujących - bezpłatne.

Konto (BNP PARIBAS)
45 1600 1462 1894 6214 7000 0001 (dopisek: składka na cele statutowe, imię i nazwisko, za jaki okres)

 
 

Cortina Trail - 47 km w Dolomitach

Data publikacji: 2016-07-02 12:00  |  Data aktualizacji: 2016-07-02 12:52:00
Cortina Trail - 47 km w Dolomitach

Mniej więcej pół roku wcześniej w naszych głowach zaświtała myśl wyjazdu na bieg do Cortiny (Cortina Trail, 47 kilometrowa trasa o 2600 metrach przewyższenia). Darek odwiedził tę okolice we wrześniu 2015 r., przy okazji innego biegu – Cadini Sky Ryce, startującego w Misurinie. Darek wrócił z głową naładowania wrażeniami - to zwykła reakcja na piękno Dolomitów. Miałam się o tym przekonać osobiście.

Pomysł wyjazdu do Cortiny podchwyciłam od razu. Pozostawało zapisać się, opłacić startowe i przez zimowe miesiące, które zwykle są okresem bez startów, czasem ponurym, gdy dni są zbyt krótkie by się nimi nacieszyć - powracać myślami do czerwcowych planów.
A plan był taki, by być w Cortinie już tydzień wcześniej przed biegiem. Z jednej strony miał to być czas na aklimatyzację (z położonych na wysokości ok. 200 m n.p.m. Niepołomic mieliśmy w niespełna 12 godzin przenieść się na wys. ponad 1200 m n.p.m.), ale przede wszystkim miał pozwolić nam zobaczyć coś więcej niż tylko trasę biegu.
Wyjechaliśmy 19 czerwca w 9 osobowym składzie. Zabrałam męża i Bartka - najstarszego syna, pojechała też Agnieszka z mężem Piotrkiem, Darek, Marek, oraz koleżanki Darka: Kinga i Agnieszka. Grupa biegowa (Aga, Darek, Kinga, Marek i ja) zapisana była na bieg Cortina Trail. Bieg główny - Lavaredo Ultra Trail - to prawie 119 km górskiej wędrówki i niemal 6000 metrów przewyższenia. Nikt z nas nie zdecydował się na ten wariant. Być może za rok... Można też wybrać bieg krótki (Cortina Skyrace, 20 km i 1000 m przewyższenia) startujący dzień wcześniej, w piątek.



Przez te 6 dni przed biegiem chodziliśmy na bliższe lub dalsze wycieczki, podziwiając absolutnie niezwykłe i trudne do opisania piękno Dolomitów. Prawdziwą radość wywoływały we mnie licznie obecne świstaki, których często wcale nie stresowała nasza obecność. W dzień przedstartowy skupiliśmy się na odpoczynku. Na obiad i kolację zjadłam tradycyjnie makaron. Taki posiłek przed startem uspokaja mnie zawsze, bo daje uczucie sytości oraz poczucie, że oto zrobiłam wszystko by zapewnić sobie moc podczas biegu.
Kilka dni dającego nam w kość upału poprzedzało start. Sobota jednak miała być nieco chłodniejsza, wydaje mi się, że było około 25 stopni w cieniu, a na niebie pojawiały się chmury, od czasu do czasu przysłaniające słońce.
Starty był o 8.00 rano. W biegu, na naszym dystansie, wzięło udział prawie 1300 osób. W okolicy sektoru startowego nie było nigdzie toi toi - uczucie, że nie załatwiłam wszystkiego przed biegiem, towarzyszyło mi przez najbliższe 7 godzin... Zapomniałam o nim dopiero na mecie... :)

Ruszyliśmy asfaltową drogą, z której potem skręciliśmy w szutrówkę. Z początku trasy pamiętam monumentalną dolinę i wąska, kamienistą ścieżkę, którą posuwaliśmy się w górę. Z prawej i lewej strony piętrzyły się skały. Widok niezwykły! A potem ten wodospad!

Pierwszy punkt z wodą był na17 km. Nie zatrzymywałam się. Na biegach zawsze piję zbyt mało. Półtora litrowy bukłak był jeszcze prawie pełny.

Trasę biegu pamiętam wyrywkowo. Niektóre fragmenty bardziej utkwiły mi w pamięci, pewnie nie wszystkie elementy układanki odtwarzam teraz w głowie chronologicznie. Przypominam sobie dosyć strome podejścia, ścieżki biegnące zboczem na eksponowanym terenie; pierwszy punkt z jedzeniem, na którym porwałam kawałek czekolady. Pamiętam myśli, które bełtały się w głowie: że to nie jest ten dzień, że biegnie mi się źle, ciężko, gorąco, słabo; że przede mną jeszcze wiele kilometrów.

Drugi punkt z jedzeniem - uzupełniam wodę, łapię kawałek czekolady. A potem ścieżki, które już znam, bo byliśmy tu na wycieczce. Nie mogę się doczekać Przełęczy Giau (położonej na wysokości 2236 m n.p.m., gdzie był kolejny punkt odżywczy). Zaraz przed przełęczą woła do mnie mąż z synem - krzyczą, że dam radę! No pewnie, że dam! - myślę sobie, ale nic nie odpowiadam, nie mam siły... Jestem na około 31 kilometrze. Jeszcze taki kawał przede mną...
Zapamiętałam, że za tą przełęczą będzie już lżej. Tymczasem ten odcinek, aż do kolejnego punktu odżywczego nad jeziorkiem Federa (na wys. 2066 m n.p.m.) był dla mnie chyba najcięższy. Po piętach deptała mi rywalka, czułam mocne zmęczenie, no i wcale nie było w dół...

W dół było za ostatnim punktem po około 38 kilometrze. Momentami trudny zbieg, upstrzony śliskimi korzeniami, nawet błotem, chwilami bardzo stromo. Na te ostatnie kilometry trzeba było zmusić się do maksymalnej koncentracji, żeby gdzieś się noga nie podwinęła, żeby stąpać pewnie. Mijam rywalkę, ale ona biegnie z kompanem, który (tak myślę, bo rozmowy toczą się po włosku) motywuje ją do szybszego biegu. Chwilę potem ona mija mnie wesoło jodłując. Prawdę mówiąc, całkiem to było miłe dla ucha i nawet nie miałam jej za złe tej ucieczki...
Mijam kolejną dziewczynę. Patrzę na zegarek – czyżbym miała zmieścić się w 7 godzinach? No tak, przecież mieliśmy zdążyć na mecz (szczególnie zależało na tym Darkowi), który o 15.00 miała rozgrywać Polska ze Szwajcarią.
Uczucie „niezałatwienia wszystkich spraw przed startem” ciągle mi towarzyszy, jednak tłumię je w sobie, bo wszystko wskazuje na to, że złamie 7 godzin (wbrew wcześniejszy licznym wątpliwościom). Zbieg robi się mniej stromy, zamienia się w łagodną, szutrową drogę. Potem wypadamy z lasu i uderza mnie potężna fala gorąca. Te ostatnie kilometry biegną nagrzanym słońcem asfaltem. Normalnie nie mogę! Przechodzę do marszu. Ale wtedy słyszę głos komentatora, krzyki i brawa. Spinam się i próbuję biec. Ha! 6 godz. 54 minuty!
W pobliskiej knajpce spotykam Darka i Kingę. Oni także zdążyli na mecz. :)
W krótkich słowach podsumowania mogę napisać, że było cudownie i że właśnie taki wyryp najmilej potem się wspomina. Im się człowiek bardziej „upodli”, tym czulej wraca do tego myślami. Ja tak mam. A za rok – może 119 km? :)

Nasze wyniki:

Kinga Pachura – czas: 6:38:13, miejsce open: 109
Darek Gruszka (Niepołomice Biegają) – czas: 6:47:51, miejsce open: 137
Paulina Szelerewicz-Gładysz (Niepołomice Biegają) – czas: 6:54:42, miejsce open: 167
Marek Porębski (Niepołomice Biegają)– czas: 7:44:34, miejsce open: 379
Agnieszka Lisowska-Woś (Niepołomice Biegają) – czas: 8:12:58, miejsce open: 547


tekst: Paulina Szelerewicz- Gładysz 

 

 

 
 

Strona została sfinansowana ze środków FIO