facebook
 

Co gdzie kiedy

Nasze wspólne treningi

środa, g. 19.30-20.30 - Szkoła Podstawowa, ul. 3 Maja 23, Niepołomice, zajęcia ogólnorozwojowe na sali gimnastycznej. POTRZEBNA WŁASNA MATA!


piątek, g. 18.30-19.30 - Arena Lekkoatletyczna w Kłajutrening na bieżni, grupa początkująca i zaawansowana.

 

sobota, g. 8.00-10.00 - NLF - Next Level Fitness w Staniątkach - siłownia

niedziela, g. 9.00 - Puszcza Niepołomicka, zbiórka i wspólna rozgrzewka na parkingu z akcesoriami gimnastycznymi przy drodze w kierunku Szarowa.


Składka na cele statutowe Stowarzyszenia: 25 zł miesięcznie lub 120 zł za pół roku.

Zajęcia czwartowe dla początkujących - bezpłatne.

Konto (BNP PARIBAS)
45 1600 1462 1894 6214 7000 0001 (dopisek: składka na cele statutowe, imię i nazwisko, za jaki okres)

 
 

Beskidzkie bieganie w błocie

Data publikacji: 2016-04-15 11:00  |  Data aktualizacji: 2016-04-15 11:24:00
Beskidzkie bieganie w błocie

Bieganie po górach daje możliwość obcowania z przyrodą, podziwiania pięknych widoków i zdobywania często nieznanych wcześniej szczytów. Niestety nie zawsze podczas zawodów towarzyszy nam piękna aura, by mogło to być w 100 % prawdą. Najczęściej walczy się z błotem, moknie na deszczu, marznie na zimnie i pokonuje przewyższenia, nie mając energii na rozglądanie się naokoło.

Beskidzka 160 na raty, zawody rozgrywane w okolicach Goleszowa i Wisły, należały do jednych z trudniejszych, w jakich uczestniczyłam. Problemem wcale nie okazały się wzniesienia, tylko pogoda, która z pięknej postanowiła zamienić się w uprzykrzającą życie biegaczom dokładnie w momencie startu zawodników na 100 km, czyli o 12.00 w nocy. O 8.00 rano, wtedy gdy rozpoczęły się zawody na moim dystansie, nadal kropiło, a świat naokoło spowijała mgła. Wyobrażałam sobie, że po takim opadzie na szlakach musiało zalegać sporo błota. Nie pomyliłam się.

Początko nawet nie było źle, bo do pierwszego punktu żywieniowego na 14 kilometrze trasa w większości wiodła po asfalcie. Można było przemieszczać się szybko, mimo pierwszych pagórek na trasie. Przeważnie biegacze z utęsknieniem czekają na zbiegi, jednak tym razem srodze się zawiedliśmy. Spadek terenu przy Ostrym Nydeckim był tak znaczący i błotnisty, do tego z przeszkodami w postaci powalonych drzew, że najlepszym rozwiązaniem dla niektórych okazał się „dupozjazd”. Mnie na szczęście udało się zachować równowagę, choć mocno zastanawiałam się, czy nie wyciągnąć kijów spakowanych w plecaku - tym razem sensowniejsze mam wrażenie okazałoby się ich użycie na zbieg niż, jak zazwyczaj, na podejście.

Kije przydały mi się niedługo później, gdy zaczęło się podchodzenie pod Małą i Wielką Czantorię. Trzeba jednak przyznać, że osławione „piekło Czantorii” nie znajdowało się z tej strony góry. Po pierwszym dotarciu na szczyt nadal byłam pełna energii i wiary, że teraz przez długi czas będzie w dół. Faktycznie było. Podbieg pod Soszów był w planie i nie zrobił na mnie większego wrażenia, tylko skąd wzięły się na naszej drodze dwie kolejne góry? No trudno, kijków tym razem nie chciało mi się z plecaka wyciągać, nie planowałam przecież, że się przydadzą na tym etapie, więc szybciutka lustracja terenu i już w ręce dzierżę porządny badyl, którym można się podeprzeć, co ułatwiło wędrówkę, no bo o biegu na górze o takim kącie nachylenia w moim przypadku nie było mowy.

Kolejny punkt żywieniowy z ciepłą herbatą witałam z wielką radością. Zimno zaczęło już wysysać ze mnie siły i trudno mi się było rozgrzać, nawet mimo najgorszego podejścia na trasie pod Czantorię, które rozpoczęło się po szybkim posiłku na punkcie. Może „piekłem” trudno było je nazwać, ale faktycznie łatwo nie było. Do tego jak już doszliśmy wraz z kilkoma innymi uczestnikami biegu na górę, pojawił się nowy problem - brak widoczności i niepewność co do przebiegu trasy. „Najpierw Wielka Czantoria, potem szlak, który już pokonaliśmy w odwrotną stronę na Małą, droga przez łąkę, las i wtedy strzałka w prawo, która doprowadzi nas do mety” - przekonywałam przypadkowego towarzysza biegu, że na pewno wiem, którędy biec. Wryło mi się w pamięć to miejsce, gdy biegliśmy w górę, ale we mgle, z rzadka widząc biało - czerwone taśmy i nie mogąc zlokalizować budynków, które mijaliśmy wcześniej, zaczęłam tracić nieco pewność siebie. „A może jednak przegapiliśmy już to miejsce i biegniemy teraz z powrotem na start?” - zaczęło mi coraz częściej przychodzić do głowy. Człowiek wtedy żałuje, że nie korzysta z takich współczesnych wynalazków jak wgrana w zegarku trasa GPS i zawierza jedynie swojej orientacji i analizie mapy papierowej. Nieświadomie zwolniłam, rozglądająć się na boki, zamiast lecieć szybko do przodu, bo płaski teren przecież na to pozwalał. Na szczęście wkrótce zobaczyliśmy wyrysowany na ścieżce znak, który potwierdził, że jesteśmy nadal na trasie biegu i właśnie zaczynamy zbieg i już naprawdę ostatnie kilometry zawodów. Kolega dostał skrzydeł, pomknął w dół, a ja powolutku toczyłam się za nim. Ostatnie kilometry okazały się dla mnie najgorsze. Nie miałam  już siły przyspieszyć i nawet ucieszyłam się, jak pojawiły się kolejne górki na horyzoncie. Przynajmniej miałam wytłumaczenie, dlaczego maszeruję zamiast biec. Co więcej, zachwyciłam się podejściem w kamieniołomie, który - jak słyszałam później - większość przeklinała. To mój żywioł: eksponowany teren, niemal wspinaczka, a że trochę błota i ślisko, do tego niebezpieczeństwo polecenia w dół... Trudno! Przydały się umiejętności utrzymywania równowagi wypracowane na ściance wspinaczkowej i w skałach. Nie musiałam posiłkować się liną, która miała pomóc - podobnie jak poręczówki w górach wysokich - we wspinaczce. Gdy rano na odprawie padło pytanie o to, czy będą zamontowane, uznałam to za żart.

Podejście nie było długie, poza tym było naprawdę ostatnim w drodze do mety. Pojawił się wkrótce nawet asfalt, którym można było szybko mknąć... tylko pary jakoś brakowało. Ale i tak była radość, że już blisko, chwila nieuwagi i ciach - wykręcona noga! Nie w górach, na nierównościach, w błocie, na korzeniach, tylko na prostej drodze! Parę niecenzuralnych słów cisnęło się na usta, no ale przecież nie można się poddać w takich momencie. Ostatni kilometr więc miałam najbardziej ostrożny ze wszystkich, ale na metę wbiegłam, nie wkuśtykałam.

Czas 7 godzin i 26 minut nie jest może czasem powalającym na kolana, szczególnie jak się uświadomi, że pierwszy z panów pokonał ten sam dystans w 4 godziny i 47 minut, ale moje tempo wystarczyło na wywalczenie drugiego miejsca wśród pań. Serdecznie dziękuję wszystkim współtowarzyszom biegu, z którymi krócej lub dłużej biegłam, bo Wasza serdeczność powodowała, że zapominało się o wszelkich niedogodnościach terenu i okropnej pogodzie. Z pań niestety na trasie spotkałam tylko jedną, która na 31 kilometrze wyprzedziła mnie i tak szybko pobiegła do przodu, że wywalczyła pół godziny przewagi na mecie w stosunku do mnie. Gorąco podziwiam i gratuluję!

Buty po biegu moczyłam w misce z wodą przez kilka dni, by odpadło z nich całe błoto, które zebrałam w trakcie tych 50 kilometrów na beskidzkich szlakach. Udało się je jednak na szczęście doczyścić i mam nadzieję, że posłużą mi jeszcze na niejednym biegu.

 

Kamila Gruszka

„Niepołomice Biegają”





 
 

Strona została sfinansowana ze środków FIO