facebook
 

Co gdzie kiedy

Nasze wspólne treningi

wtorek, g. 18.00-19.15, joga dla biegaczy, sala w Przylasku Rusieckim, obowiązują zapisy!


środa, g. 19.00-20.30 - sala gimnastyczna Szkoła Podstawowa im. Króla Kazimierza Wielkiego, ul. 3 Maja 23, Niepołomice;

 

piątek, g. 8.15 - Puszcza Niepołomicka, zbiórka  na parkingu przy barze Smak

niedziela, g. 9.00 - Puszcza Niepołomicka, zbiórka i wspólna rozgrzewka na parkingu z akcesoriami gimnastycznymi przy drodze w kierunku Szarowa.

 
 

Rzeźnik 2018 - największy sprawdzian z własnego ja

Data publikacji: 2018-06-14 09:00  |  Data aktualizacji: 2018-06-14 12:59:00
Rzeźnik 2018 - największy sprawdzian z własnego ja

Wielokrotnie wizja dokonania czegoś, zrealizowania jakiegoś ambitniejszego celu wykraczającego poza codzienne obowiązki, wydawała mi się na tyle nierealna, że blokowała mnie już przed samym podjęciem próby. Zwykle w obliczu wyzwania w mojej głowie pojawia się myśl, że takie rzeczy to przecież inni, nie ja, na realizację wyzwań to mogę sobie popatrzeć, czy tylko o nich poczytać. W ten właśnie sposób spełzł na niczym Rzeźnik 2016. Wszystko już było dograne, miałam startować i zrezygnowałam... Wiele spraw wydawało mi się wtedy nie do przejścia.

Minęły 2 lata, gdzieś zaczęła świtać myśl, że może by tak rozliczyć się z przeszłością i spróbować tym razem. Namówiłam kolegę, zapisałam nas, ale ciągle z przekorną nadzieją, że nie zostaniemy wylosowani. Bieg Rzeźnika jest bowiem tak popularny, że aby wystartować, trzeba mieć trochę szczęścia w losowaniu, które dopiero wyłania zawodników spośród wszystkich chętnych zgłoszonych do udziału. Nam się udało.

1 czerwca, 3:00 nad ranem. Wraz z wystrzałem z pistoletu startowego na trasę ruszyło 680 par zawodników. Widok niecodzienny, sznur świateł rozciągał się daleko przede mną i daleko za mną, nie miał ani początku ani końca. Tłum. Pierwsze kilometry zlatywały jeden za drugim. Nogi niosły, nocne powietrze fajnie wychładzało i orzeźwiało. Wpadliśmy na leśne ścieżki, które w świetle księżyca wyglądały niezwykle. Uwielbiam las, w nocy działa zupełnie na inne zmysły. Ale teraz mogłam z niego uszczknąć tylko trochę. Zrobiło się wąsko i ciasno, tłum przed nami i za nami nie pozwalał na swobodę ruchów. Brnęliśmy do przodu w tempie, na jakie pozwalali biegacze przed nami. Zaczęło mi doskwierać poczucie skrępowania.

 



O 4:00 nad ranem było już całkiem jasno, zapowiadał się upalny dzień. Kolejne kilometry uciekały, moje samopoczucie było bardzo dobre, M. też mówił, że jest ok. Do pierwszego punktu kontrolnego na przełęczy Żebrak, który był na 17 km dotarliśmy po 2,5 h, czyli 45 minut przed limitem. Nieźle. Przed biegiem nie robiliśmy żadnych większych założeń co do osiągania kolejnych punktów kontrolnych. Podeszliśmy do całego dystansu ostrożnie, bo żadne z nas do tej pory nie przebiegło tylu kilometrów. Założyliśmy, że bez nadmiernego forsowania się z całością uporamy się w 14-15 godzin.

20 km zleciało w mgnieniu oka. Przez myśl przeszło mi, że jedna jednostka treningowa za mną. Czuję się super, nic mnie nie boli, ale przygaszam swoje emocje myślą, że wszystko zacznie się tak naprawdę dopiero za jakieś 20 km. Przebyty dystans rośnie, zjadam coś bardziej z rozsądku niż z konieczności, bo cały czas czuję się silna. Z rozsądku też nie zwiększam tempa, nawet zwalniam. Drugi punkt kontrolny i zarazem przepak znajduje się na 33 km w Cisnej, do której właśnie wbiegamy. Mamy 1,5h zapasu. Wciąż nie czuję zmęczenia. Za sobą mam już najdłuższy bieg treningowy, jaki wielokrotnie wybiegałam w czasie przygotowań do Rzeźnika. Widzę teraz, że kumulacja kilku długich wybiegań dzień po dniu i przelany wtedy pot zaprocentowały. Jestem gotowa do dalszej drogi. Na przepaku schodzi nam trochę za długo niż bym chciała, ale nie poganiam partnera, bo wiem, że przed nami jeszcze bardzo dużo i te kilka minut w jedną czy w drugą stronę nie powinno mieć większego znaczenia. Ruszamy. Zaczyna się dość długie podejście przez Małe Jasło, Duże Jasło na Okrąglik, a potem Fereczatą. Koledze zaczyna dokuczać stopa, lewy but skutecznie wypracowuje odciski. Zatrzymujemy się na chwilę, M. obkleja stopę i ruszamy dalej. Widzę jednak, że mój partner zaczyna słabnąć. Na razie mamy spory zapas czasu i w sumie 5 godzin na dotarcie na kolejny punkt. Około 17 km przed nami. Brniemy do przodu, ale coraz częściej muszę przystawać i czekać na M. Do Smereka, czyli trzeciego punktu kontrolnego i przepaku zarazem na 48 km docieramy z 1,5 godzinnym zapasem. M. martwi się o stopę, nie wygląda to dobrze. Widzę też, że zaczyna przez niego przemawiać zmęczenie i zrezygnowanie. Zaczynam odczuwać niepokój o nasz dalszy bieg. Powoli w głowie zaczynają mi się przetasowywać wszelkie nasze założenia związane z biegiem, bo czuję, że za moment to wszystko zostanie zweryfikowane. Na przepaku tracimy bardzo dużo czasu, ale ponownie za bardzo nie poganiam M. Ruszamy z godziną zapasu. W tym momencie jeszcze wydaje mi się to dużo.



Kolejne podejście na Paportną, Rabią Skałę, Dziurkowiec, Okrąglik - do następnego punktu oddalonego o ok. 19 km. Na tym etapie stało się dla mnie jasne, że nie walczymy o żaden czas końcowy, wszelkie założenia i pierwotne ostrożne cele znikają całkowicie - teraz, w tym właśnie momencie, zaczynamy walczyć o to, żeby do kolejnego punktu dotrzeć w limicie. Staje się to warunkiem koniecznym, żeby w ogóle móc kontynuować Rzeźnika. Musiałam wszystko poukładać sobie w głowie na nowo. Nagle znalazłam się w nietypowej dla siebie sytuacji, bo tym razem to ja musiałam okazać się wsparciem. Rzeźnik wyznaczył mi zupełnie inny cel do zrealizowania. Musiałam znaleźć w sobie siły nie tylko dla siebie, ale i dla partnera, żeby wspierać go od tego momentu aż do samego końca. Motywować, żeby w ogóle miał tyle determinacji, żeby dalej brnąć. Powstała też kwestia mojego własnego ego. Byłam zła, momentami wściekła, że tak to wszystko się poukładało. Miałam siły, czułam się nadspodziewanie dobrze, a nie mogłam tego wykorzystać. Z każdym krokiem burza myśli i sprzecznych emocji przetaczała mi się przez głowę. I tu właśnie pojęłam całą trudność Rzeźnika. Dla mnie nie tkwiła ona w dystansie, to nie on okazał się problemem. Był nim fakt biegnięcia w parze. Należało wziąć za siebie wzajemną odpowiedzialność, a swoje osobiste ambicje odłożyć na bok.

Krok za krokiem, próby biegu tylko przy łagodnym spadku terenu, minuty zlatują jedna za drugą i wielka niewiadoma przed nami. Idę do przodu i co trochę kontroluję, jak daleko za mną jest M. Nie pozwalam mu na zbytnie zbliżenie się do siebie, nie pytam jak się ma, żeby nie zaczął ubierać w słowa całego bólu, z którym się zmaga. Odwracam się i idę dalej. Do czwartego punktu kontrolnego w Roztokach Górnych, tj. na 68 km docieramy tuż przed 16:00. M jest wyczerpany. Tym razem zaczynam naciskać, żeby iść dalej, nie daję mu za długo odpocząć, bo wiem, że to i tak niewiele da. M. jest zrezygnowany, ale przed nami tylko 12 km i 3 h do limitu, to kupa czasu. Nie można odpuścić ostatniego najkrótszego odcinka, kiedy przebyło się już tyle. Ruszamy. Powoli, krok za krokiem. Przed nami dwa konkretne podejścia. Co trochę mówię M., że to już chyba szczyt, choć górka tak naprawdę się nie kończy. Krok za krokiem, Hyrlata już jest nasza, zostało około 4,5 km to mety, czasu jednak mało.

Trochę zbiegam, trochę czekam, jest M. Ostatnie podejście okazuje się jeszcze trudniejsze niż poprzednie. Podchodzę pod górę i czekam. Mojego kompana nie ma. Mija mnie sporo ludzi, minuty zlatują, słyszę też kłótnie w jednej z par. Skrajne zmęczenie i emocje dają się ludziom we znaki. Coś za długo czekam. M. całkiem opadł z sił, nie jest w stanie iść. Łapię go za rękę i wciągam pod górę. Teraz to już się o niego boję, ale czuję, że idzie równo. W limicie się już nie zmieścimy, ale do końca mamy około 2 km i już tylko na dół. Słyszę, że M. zaczyna się cieszyć, że już wie, że dotrze do mety, że dokonał czegoś, co na pozór wydawało mu się nie do zrealizowania. Na metę docieramy po 16h i 40 minutach od startu. Udało się, ukończyliśmy Rzeźnika, jesteśmy po limicie, ale bieg zostaje nam zaliczony. Jestem pewna, że choć w tym momencie M. jest całkiem wycieńczony, to właśnie zyskał siłę na przyszłość. Ja, mimo że nie czuję nadmiernego zmęczenia, emocjonalnie zostałam utyrana. Rzeźnik trafił w mój najsłabszy punkt, musiałam przepracować w sobie to, co było we mnie najsłabsze. Za mną solidna praktyczna lekcja z własnego ja.

 



Minęło kilka dni, trochę ochłonęłam, pozostała mi teraz masa wniosków i przemyśleń. Zostanę z nimi pewnie jeszcze przez jakiś czas. Jedno jest pewne: Rzeźnik okazał się sprawdzianem nie tylko dla ciała -  dla mnie przede wszystkim był to egzamin z samej siebie.

W tego typu wydarzeniach, kiedy działa się w zespole i bierze się za siebie nawzajem odpowiedzialność, zawsze trzeba będzie się dostosowywać, wypośrodkować i uzupełniać nawet kosztem swoich własnych ambicji i wytyczonych celów. Ważne, żeby móc sobie wzajemnie zaufać.

Drużynowo jestem dumna z M., że mimo wszelkich przeciwności, które go spotkały, bólu, jaki mu towarzyszył przez te wszystkie kilometry, nie poddał się i dobrnął do mety. Cieszę się, że mnie nie znienawidził :) Osobiście zaś czuję niedosyt i zastanawia mnie, na ile mogłam sobie na tej trasie pozwolić. To już jest nie do sprawdzenia.

Agnieszka Lisowska - Woś
Stowarzyszenie "Niepołomice Biegają"

 
 

Strona została sfinansowana ze środków FIO