facebook
 

Co gdzie kiedy

Nasze wspólne treningi

wtorek, g. 18.00-19.15, joga dla biegaczy, sala w Przylasku Rusieckim, obowiązują zapisy!


środa, g. 19.00-20.30 - sala gimnastyczna Szkoła Podstawowa im. Króla Kazimierza Wielkiego, ul. 3 Maja 23, Niepołomice;

 

piątek, g. 8.15 - Puszcza Niepołomicka, zbiórka  na parkingu przy barze Smak

niedziela, g. 9.00 - Puszcza Niepołomicka, zbiórka i wspólna rozgrzewka na parkingu z akcesoriami gimnastycznymi przy drodze w kierunku Szarowa.

 
 

Rewanż z przytupem, czyli małe podsumowanie Biegu Rzeźnika

Data publikacji: 2018-06-13 15:00  |  Data aktualizacji: 2018-06-14 09:03:00
Rewanż z przytupem, czyli małe podsumowanie Biegu Rzeźnika

W roku 2016 po raz pierwszy wystartowałam w Biegu Rzeźnika – była to wówczas trzynasta jego edycja. Start biegu zlokalizowany był w Komańczy – miejscowości położonej na pograniczu Beskidu Niskiego i Bieszczad. Trasa prowadziła po bieszczadzkich drogach i ścieżkach, wspinając się na takie szczyty jak Chryszczata, Wołosań, Małe Jasło, Jasło, Okrąglik, Fereczata.


„Rzeźnik” ma specyficzną formułę – biegnie się w parach: męskich, damskich lub mieszanych. Wraz z Agnieszką pokonałyśmy tę trasę w niewiele ponad 13 godzin, „zaliczając” po drodze tak dużo szczytów, jak kryzysów. Śmiało mogę przyznać, że trudność tego biegu nie leży tylko w dystansie (który liczy około 80 km), ale w tym, że trzeba pokonać go RAZEM, zachowując maksymalnie 100 metrów odstępu między członkami zespołu. Trzeba się wspierać, motywować, odbierając niejednokrotnie lekcję pokory, ucząc się cierpliwości. Właśnie dlatego „Rzeźnik” to nie tylko zmagania czysto fizyczne – ale także wielka psychiczna potyczka. Nie jest łatwo. Po tym starcie obiecałyśmy sobie więcej tam nie wrócić.

Minęło kilkanaście miesięcy... Pewnego jesiennego dnia 2017 r. odebrałam od Agnieszki wiadomość: Może by tak skopać tyłek „Rzeźnikowi”? No tak – w rzeczy samej — po tamtym starcie czułyśmy niedosyt. Może by tak skopać?...
Zapisałyśmy się, czyli podjęłyśmy DECYZJĘ. To tylko połowa sukcesu – w październiku odbywa się losowanie drużyn. Ku naszemu zaskoczeniu – znowu się udało – drużyna „Te dwie zielone” została wylosowana. Rozpoczął się trwający 7 miesięcy okres przygotowań. Tylko każda z nas z osobna wie, ile razy chciała w tym czasie zrezygnować, rzucić to wszystko, żyć normalnie, bez rozpiski biegów na kolejne tygodnie, bez pobudek o świcie, żeby zrobić trening, bez zmagania się z kontuzjami, które odbierają nadzieję na powodzenie w realizacji zamierzenia.

Miesiące mijały, przyszła wiosna i ostatnie długie wybiegania w górach. Tak się złożyło, że nie udało nam się w tym roku potrenować wspólnie. Każda ma swoje obowiązki, swój kalendarz. Startując, nie wiedziałyśmy, która z nas jest mocniejsza. Zgadzałyśmy się co do jednego – biegniemy NA LUZIE – najważniejsze to pokonać trasę w limicie czasu (16 godzin), nie dać się kryzysom, przetrwać. Tylko przebiec, przetruchtać, przemaszerować te 80 km, nie dać się bólowi, obtarciom, wykręconym kostkom. Nic wielkiego... Miałam za sobą już dłuższe górskie wybieganie, kiedy w czerwcu zeszłego roku wystartowałam w Lavaredo Ultra Trail we włoskich Dolomitach, przemierzając 120 km kamienistych ścieżek i szutrowych dróg, pokonując w sumie 6000 metrów przewyższenia. Wspominając tamte doświadczenia, wiedziałam, że i teraz musi się udać. Tylko że wtedy biegłam sama. Teraz jesteśmy ZESPOŁEM, musimy się zgrać, dostosować, dostrzec siłę lub słabość partnera, pogodzić z tym, że ma się gorszą formę albo że jest się mocniejszym, z tym, że jeden właśnie teraz chce się zatrzymać, choć drugi czuje, że mógłby biec bez końca.

Wystartowaliśmy o 3 nad ranem w piątek, 1 czerwca. Noc była ciepła, jasna, przyjemna. Na linii startu, która wcale nie jest linią, bo tłum ludzi rozciągnął się w długi ogon, zgromadzonych było ponad 1300 osób – 678 drużyn. Ktoś gra na bębnach, dodając tej nocy, tej chwili jeszcze więcej niezwykłości. Ruszamy. Pierwszą godzinę czy półtorej biegniemy z czołówkami na głowach. Kiedy spoglądam za siebie, widzę wijącego się szutrową drogą świetlistego węża, którego tworzą setki świecących czołówek. Wrażenie jest niezwykłe, a ja czuję się wspaniale! Także wtedy, gdy z lewej strony za drzewami pojawia się kula czerwonego słońca. Gasimy lampki. Biegnie się wyśmienicie. Czyżby to był „mój dzień”?
Pierwszy „przepak” (czyli miejsce, gdzie pozostawiliśmy wcześniej spakowane potrzebne nam lub być może przydatne rzeczy: zapasowe skarpetki, coś do jedzenia itd.) jest na około 30 km, w miejscowości Cisna. Na boisku zorganizowany jest punkt odżywczy, uzupełniamy wodę w bukłaku, który schowany jest w plecaku, zostawiamy tu czołówki – już nie będą nam potrzebne. Zabieramy kije, które będą pomocne w długich i stromych górskich podejściach. Ruszamy dalej.


Kiedy mierzę się z tak długą trasą, jaką jest np. „Rzeźnik”, dla komfortu psychicznego dzielę ją sobie w głowie na odcinki. Nie biegnę więc od razu całych 80 km, a jedynie 30 km do Cisnej, z Cisnej pokonuję tylko 20 km do następnego „przepaku”. Stamtąd kolejna dwudziestka, by osiągnąć następny punkt odżywczy itd. Szatkując trasę w głowie na etapy, łatwiej mi się z nią zmierzyć.

Trasa podoba mi się bardzo – karpacka buczyna, majestatyczne klony jawory, las buchający zielenią, pachnący wiosną. Biegniemy ścieżkami, drogami, pod górę, a potem czasem bardzo stromo w dół. Wraz z upływem kilometrów widzę, jak zmieniają się twarze mijanych osób. Pojawia się na nich zaciętość, czasem ból. Jedni mówią do drugich półsłówkami. Jest w tym dużo ciszy, skupienia. Mijamy zespoły, gdzie jeden holuje drugiego za pomocą linki uwiązanej do pasa. To bardzo pomaga. Czasem wystarczy tylko przetrwać kryzys, by sięgnąć po nowe rezerwy sił.

W pewnym momencie ktoś krzyknął do nas: Jesteście czwarte, ale te dwie przed wami są bardzo blisko! Trochę trudno nam w to uwierzyć, ale zbieramy w sobie siły, by trochę przyspieszyć. Niedługo potem mijamy dwie dziewczyny. Zostało nam do mety zaledwie kilkanaście kilometrów... i dwa solidne podbiegi. Szczególnie ten drugi dał nam wszystkim mocno popalić, a biegacze znaleźli na niego jedyne słuszne określenie: ściana płaczu. Każdy z nas wie, że do mety zostało zaledwie 3 km, jednak stromość podejścia odbiera nam wolę walki. Wiecie, co jest ważne podczas podejścia/podbiegu? To, że on się jednak kiedyś skończy, a po nim czeka nas ZBIEG! Na dwa kilometry przed metą zmagamy się, ale tym razem właśnie ze zbiegiem, który jest piekielnie stromy, a obolałe, potłuczone paluchy Agnieszki praktycznie uniemożliwiają jej szybkie poruszanie się po stromiźnie. Te ostatnie kilkaset metrów dłużą nam się niemiłosiernie, ale dźwięk dzwonków i krzyk kibiców uświadamia nam, że w końcu dotarłyśmy do celu.

Udało się! 13 godzin i 17 min. To dłużej niż ostatnim razem, ale też trasa była zmieniona, trudniejsza i nie sposób jej porównać z tą sprzed dwóch lat. Udało nam się utrzymać trzecią pozycją wśród zespołów damskich i 81 miejsce w klasyfikacji open na 560 sklasyfikowanych drużyn. Tylko niewiele ponad 61 % zespołów zmieściło się w limicie czasu podczas XV edycji Biegu Rzeźnika.

Koniecznie muszę dodać, że Stowarzyszenie „Niepołomice Biegają” reprezentowało podczas biegu jeszcze kilka innych zespołów: Łukasz Juszczyk i Artur Sroka (czas na mecie 13:17), Artur Pasisz i Cezary Czapczyński (14:22), Tomasz Kaczmarek i Łukasz Niepsuj (14:58) oraz Agnieszka Lisowska-Woś i Marcin Klimas (16:40 min).

Serdecznie dziękuję trenerowi – Ilyi Markovowi – za przygotowanie mnie do tego startu.

Paulina Szelerewicz-Gładysz
Stowarzyszenie „Niepołomice Biegają”

 
 

Strona została sfinansowana ze środków FIO