facebook
 

Co gdzie kiedy

Nasze wspólne treningi

środa, g. 19.00-20.30 - sala gimnastyczna w Szkole Podstawowej w Niepołomicach;

 

piątek, g. 8.15- Puszcza Niepołomicka, zbiórka  na parkingu przy barze Smak

niedziela, g. 9.00 - Puszcza Niepołomicka, zbiórka i wspólna rozgrzewka na parkingu z akcesoriami gimnastycznymi przy drodze w kierunku Szarowa.

 
 

Każdy ma swoje Lavaredo

Data publikacji: 2017-07-07 10:00  |  Data aktualizacji: 2017-07-07 10:50:00
Każdy ma swoje Lavaredo

Każdy ma swoje Lavaredo — pomyślałam, widząc wspinającego się po szybie tarasowych drzwi ślimaka. Mówiąc "Lavaredo" miałam na myśli ultramaraton górski odbywający się w Dolomitach — The North Face Lavaredo Ultra Trail. Co roku, w czerwcu włoska Cortina przyciąga biegaczy, którzy przyjeżdżają tu z przeróżnych krańców świata, by pokonać jeden z trzech dystansów: Cortina Skyrace (20 km), Cortina Trail (48 km), oraz Lavaredo Ultra Trail (120 km). Dla dzieci przewidziany był dystans 800 lub 1000 metrów — Cortina Kids Race.
W zeszłym roku przebiegłam Cortina Trail. Było ciężko, ale pięknie — dałam się więc namówić koledze Darkowi na Lavaredo...


Droga przygotowań była ciężka i wyboista. Mijały tygodnie, nastała zima a ja ciągle nie mogłam poradzić sobie z kontuzją, która od jesieni w zasadzie nie pozwalała mi biegać. Tylko moi najbliżsi, mój trener — Ilya Markov — oraz Darek (to ten, który namówił do „złego" – tak jeszcze niedawno myślałam o tym biegu) wiedzieli, ile razy chciałam odpuścić, zrezygnować, poddać się. Zawsze jednak w ostatniej chwili słyszałam słowa wsparcia, które nie pozwalały mi zarzucić szalonego pomysłu (nigdy wcześniej nie biegłam tak długiego dystansu, nawet w niewymagającym terenie, o wspinaniu się na wysokość 2500 m n.p.m. nie wspominając). Brnęłam do przodu, pomimo przeciwności.


Kwiecień, maj i czerwiec to był okres intensywnych przygotowań. Poza bieganiem musiałam znaleźć też czas na ćwiczenia, by wzmocnić partie mięśni, które tego potrzebowały (przydała się do tego analiza biegu, przeprowadzona w centrum rehabilitacyjnym REHA-ATHLETICA pod okiem Grzegorza Głąba). Kiedy poświęca się na realizację planu tyle myśli i czasu, siłą rzeczy angażuje się także w ten plan rodzinę. Nie zawsze jej się to podobało. Przychodził weekend a ja – zamiast skosić trawnik czy zabrać synów w góry – wybierałam długie wybieganie w Tatrach. W środowe popołudnie — trening na sali, a w piątek — siła biegowa. Do tego wieczorne wymachiwanie nogami na rodzinnych seansach filmowych. Tylko pies nie miał nic przeciwko, kiedy leżałam z nim na podłodze i robiłam brzuszki czy inne skłony.


Upływały tygodnie, na kalendarzu odhaczałam kolejne zrealizowane dni treningowe. Czerwcowe wybieganie w Tatrach pokazywało, że forma jest. W ostatnim momencie (na jakieś 2 tyg. przez startem) zmieniam buty do biegania z Innov8 Terraclaw na Salomony Sense Pro Max. Po przebiegnięciu maratonu w Szczawnicy w tych pierwszych butach, przez 3 tygodnie moje stopy nie mogły dojść do siebie. Strój do biegania i rzeczy na „przepak” mniej więcej przemyślane (nie jestem zbyt drobiazgowa w takich szczegółach). Wyjazd z mężem zaplanowany na środowy poranek. Tymczasem... we wtorek wieczorem psuje nam się auto (może lepiej, że pod Niepołomicami, a nie pod Wiedniem na przykład). I nagle w głowie wszystko się przestawia. Zmiana planów. Nie jadę. Łzy — chyba ze złości, jestem okropnie wściekła! – zalewają policzki. Daję znać trenerowi, znajomym. Parę miesięcy przygotowań a tu taka bzdura?! I znowu burza wsparcia, ten chce pożyczyć samochód, inny daje cynk, z kim się mogę jeszcze zabrać. W czwartek wyjeżdża Grzesiek i ma miejsce w aucie! Trochę się martwię, że jadę jeszcze później, zostaje mało czasu na aklimatyzację, ale przynajmniej jest szansa pobiec Lavaredo. W czwartek bladym świtem spod domu zabiera mnie Grzesiek. Wraz z nim oraz Andrzejem i Adamem, przemierzamy Europę, w sumie prawie 1000 km, do Cortiny. Podróż znoszę – jak zwykle – fatalnie.
Cortina wita nas burzą. Dni są tu upalne, ale wieczorem – tak jest codziennie – przez miasteczko i górujące nad nim szczyty – przetacza się burza. Deszcz puka w tropik namiotu i pozwala usnąć. Sen musi być solidny bowiem start już nazajutrz o 23.00.


O godzinie 8.00 rano głośne rozmowy budzą nas – nazwałam to „czeskim przebudzeniem”... Miało być solidne spanie, a wyszło, jak zwykle. W ciągu dnia odbieramy pakiety startowe, byczymy się, jemy makaron na pasta party, zanosimy „przepaki”, z których będziemy mogli korzystać na 66 kilometrze. Dzień dłuży się niemiłosiernie. Słońce przypieka, ale niebo jest czyste – to dobra wróżba na wieczór.
O 22.10 stajemy w sektorze startowym, gdzie powoli zbierają się też inni biegacze. Tłum rośnie – zapisanych jest 1500 osób. Wyczekany start o godz. 23.00 niesie ze sobą ogromne emocje – ruszamy w takt muzyki Ennio Morricone, wzdłuż ulic szpaler ludzi, okrzyki, muzyka, oklaski – czuję, że zaczyna się coś niezwykłego! Biegniemy ulicami Cortiny, a kiedy zostawiamy za sobą rozświetlone latarniami miasto, zapalamy czołówki. W tym świetle będziemy biec przez najbliższe 6 godzin. Fantastycznie wygląda ten świetlisty „wąż” na serpentynowym zbiegu w poprzek zbocza albo, gdy zerkam za plecami i widzę małe światełka także daleko za sobą. Pierwszy bardziej strony zbieg i mijam masę ludzi. To ostatnia rzecz jakąś mogę pochwalić się ze startu w Lavaredo Ultra Trail. Pierwszy punkt na 18 km – połykam kawałek czekolady, biegnę, ale już na 20 km czuję, że coś jest nie tak. Na byle podbiegu jakbym straciła siły — czuję, że nie mogę podnosić nóg, podchodzić. Pomagają kije, całe szczęście wzięłam je ze sobą. W zasadzie od 20 kilometra myślę o tym, że nie dam rady, że muszę zejść z trasy... ale może jeszcze trochę? Każdy kilometr staje się walką. Czekam, aż wstanie słońce, by móc widzieć ukryte w mroku góry. Kiedy wschodzi – na chwilę znowu odzyskuje siły – jest naprawdę pięknie! 
Punktów z wodą i przekąskami energetycznymi jest naprawdę dużo – można zminimalizować własny bagaż. Mam ze sobą kilka żeli, ale wolę korzystać z bufetów – tu jedzenie jest różnorodne, co na tak długim dystansie nie jest bez znaczenia. Mamy bagietki z oliwą, kanapkiz dżemem, czekoladę, ciastka, rodzynki. Na kolejnych punktach pojawia się sól, zupa, makaron, pomidory, salami.

 

W okolicach Tre Cime di Lavaredo – potężnych skał będących wizytówką biegu – widoki zapierają dech. Pomimo ogromnego zmęczenia podziwiam ich piękno i majestat. W tym całym bólu zmęczenia czuję się w gruncie rzeczy szczęśliwa, bo widzę te cudowności świata. Dzień już wstał i robi się coraz cieplej. Obliczam kilometry do „przepaku” i zastanawiam się, jak daleko przede mną jest Darek. Może go dogonię? Razem będzie raźniej, bo chwilę zwątpienia dopadają mnie coraz częściej. Analizuję też przyczynę moje niemocy. Bo przecież forma jest, ale coś z nią nie tak. Może wczorajsza podróż? Brak aklimatyzacji? Wysiłek na takiej wysokości, do której nie przyzwyczaiłam organizmu? Pamiętam, jak z zeszłym roku, kiedy w Cortinie spędziłam przed biegiem niemal cały tydzień, na drugi dzień po przyjeździe podczas niewymagającej wycieczki w góry, nogi miałam jak z waty. Teraz jest podobnie...
„Przepak”. Obiecywałam sobie, że odpocznę – wyłożę się na trawie, odsapnę i zjem coś konkretnego. Tymczasem wrzucam w biegu makaron, zmieniam koszulkę, nakładam czapkę z daszkiem. Reszta ubrań bez zarzutu, więc odkładam worek ze spodniami i butami na zmianę. Lecę... do pierwszego podejścia – czeka mnie kilka kilometrów po rozgrzanej słońcem drodze. Kiedy tylko mijam strumień, zamaczam czapkę. Zastanawiam się, gdzie jest Darek. Może gdzie blisko? Może go dogonię?


Do punktu na 95 kilometrze zbiegam z przekonaniem, że schodzę z trasy. Tutaj można złapać autobus i wrócić do Cortiny. Bateria w telefonie na wyczerpaniu a ja też już bez sił. To nieodpowiedzialne iść dalej – myślę sobie. Bo co, jeśli coś się stanie? Jak wezmę pomoc? Półprzytomnym wzrokiem omiatam namiot, gdzie mogę znaleźć kogoś z obsługi, by zapytać, gdzie ten autobus. Z amoku do przytomności sprowadza mnie głos Kingi – pyta, co jest. Układam głowę na kijach i myśląc o swojej niedoli, nie umiem pohamować łez. Ech, zwykłe rozczulanie się nad sobą. Kinga odbiera mi dającą spokój i komfort psychiczny myśl, że oto zaraz będę w Cortinie i wygodnie ułożę się do spania w namiocie. Kinga mówi, że mam biec dalej. Tylko 25 km i jakieś 1500 metrów w pionie – toż to dla przedszkolaków... Jej kolega będzie tu zaraz i z nim pobiegnę. Razem będzie raźniej. I rzeczywiście – jest kolega i chwilę jest raźniej. Tylko chwilę, bo nie potrafię utrzymać jego tempa na podejściu i krzyczę, żeby nie czekał, dam sobie radę. Ja miała być nie dać? No tak, sama w to wątpię... Tymczasem niebo zmieniło kolor i słychać grzmoty. Wspinam się mozolnie w stronę schroniska pod Averau, położonego na wysokości ponad 2400 m n.p.m., mijana przez każdego z ultramaratończyków. Dwa kroki do przodu, jeden do tyłu. Bateria w zegarku wyczerpana – nie wiem, który to kilometr. Na przełęczy wiatr, deszcz i grzmoty i dodająca sił ciepła herbata. Zaczynam zbiegać – towarzyszy mi poznany chwilę wcześniej Mirek. Fajnie jest zamienić z kimś parę słów. Zaczyna tlić się we mnie nadzieja, że może jednak uda mi się dotrzeć do mety. Limit jest do 5.00 nad ranem – mam naprawdę sporo czasu. Słyszymy i obserwujemy świstaki, dzięki nim mogę się znowu uśmiechnąć. Passo di Giau – kolejny punkt i okazja o uzupełnienia braków energetycznych. Mam ochotę tylko i wyłącznie na kiełbasę i chleb z solą. Na 110 km ostatni punkt a stąd już tylko 9-kilometrowy zbieg do Cortiny. Zaczyna się ściemniać, zakładam czołówkę. Nie wiem, skąd znajduję w sobie siły, by biec. Mirek biegnie ze mną, dzięki czemu jest znacznie lepiej. Myślę o mecie, o spaniu, namiocie, o tym, czy powitają mnie w Cortinie znajomi. Myśl o tym, że się uda, dodaje mi mocy na tych ostatnich kilometrach. Do Cortiny wbiegamy około 22.00. Ostatnia prosta i dobiegają do mnie: Dominika, Jasiek, Jędrek i Iga – dzieci znajomych. Ostatnie kilkadziesiąt metrów biegnę razem z nimi. Z wielką radością przebiegam przez linię mety – pewnie, gdyby nie to wesołe towarzystwo popłakałabym się ze szczęścia. Widzę Darka, Kamilę, Kingę, Magdę. I ten widok sprawia mi ogromną radość – czekali na mnie!


Wiecie, kiedy wspominam tę chwilę, łza kręci mi się w oku. Pierwszy powód do radości – udało mi się pokonać ten dystans – 120 km i prawie 6000 m w pionie! Drugi – to widok przyjaciół na mecie. To, że ktoś czekał na mecie, było wtedy dla mnie bardzo, bardzo ważne!


Ostatecznie na 1065 osób sklasyfikowanych na tym dystansie zajęłam 505 miejsce; byłam 46 kobietą na 127 tych, które zmieściły się w limicie czasu. W swoich oczach natomiast – jestem ZWYCIĘZCĄ!
Na koniec ogromne podziękowania dla trenera Ilyi Markova, który zadbał o moje przygotowanie do tego biegu! Podziękowanie także dla Kingi i Magdy za wielkie wsparcie psychiczne podczas biegu.

 
 

Strona została sfinansowana ze środków FIO